Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Outline - Blog o komiksie i opowiadaniu obrazem Outline - Blog o komiksie i opowiadaniu obrazem Outline - Blog o komiksie i opowiadaniu obrazem

19.06.2014
czwartek

Munch zabity gadulstwem

19 czerwca 2014, czwartek,

Biorąc do ręki album „Munch” Steffena Kvernelanda, spodziewałem się rzeczy na miarę „Vincenta i Van Gogha” Gradimira Smudji, a tymczasem biografia norwskiego artysty okazała się komiksem, który posiada podstawowy i kluczowy mankament – przytłaczające przegadanie.Zaznaczmy od razu, że „Vincent i Van Gogh” i „Munch” to komiksy, w których autorzy przyjęli zupełnie inną metodę pracy. Gradimir Smudja, tworząc album o holenderskim artyście, poszedł w fikcję. Przedstawił surrealistyczną wizję rzeczywistości, w której Van Gogh posiadał niezwykle utalentowanego kota i to właśnie jemu zawdzięczał swój malarski dorobek. Przy czym styl malarski Van Gogha i jego dzieła stały się podstawą świata przedstawionego. Komiks po prostu żył jego malarstwem.

Steffen Kverneland zdecydował się na non-fiction i, szczerze mówiąc, wyszedł na tym kiepsko.

Chcę słyszeć głosy Muncha i Strindberga, a nie nudny referat! Sformułowałem zasadę mojej własnej dogmy: tekst ma się składać z autentycznych cytatów! Niczego nie wolno zmieniać ani dodawać! – deklaruje Kverneland, rysując się na planszach komiksu. Otóż wyszedł mu właśnie nudny referat, który trochę uratował licznymi zabiegami graficznymi. 

Do tego w Norwegii za swój nudny referat dostał kilka nagród – co intryguje jeszcze bardziej.

Cóż z tego, że słyszymy wszystkie te opinie o artyście, głosy z zewnątrz, wspomnienia samego Muncha, jeśli nie układa się to w płynną wizualną narrację, a obrazy są jedynie dodatkiem – zwykłą ilustracją. Równie dobrze Kverneland mógłby ze swojego komiksu zrobić książkę ilustrowaną, którą opatrzyłby najlepszymi kadrami. Mam wrażenie, że autor jest świadomy nadmiaru tekstu w swoim dziele, bo bardzo stara się dynamizować kadry, różnicować je stylistycznie, kolorystycznie, bawić się dziełami Muncha – parafrazować je i włączać do opowieści.

Ta ostatnia rzecz udaje mu się świetnie i to właściwie jedyny powód, żeby po album sięgnąć. Obrazy Muncha są dla Kvernlenda doskonałym tworzywem i za ich pomocą stara się wyjaśnić różne wątki w biografii artysty. Przy czym dzieł Muncha nie traktuje jak świętości, jest tu także kilka celnych dziennikarsko-biograficznych tropów. Ale biorąc pod uwagę objętość komiksu (280 stron), nie ratuje to opowieści. Jest miłym dodatkiem przy żmudnym brnięciu przez kolejne plansze.

Irytujący jest również wyjściowy styl rysunków Kvernlanda, mający swoje źródło w klasycznej prasowej karykaturze. Żywot Muncha jest dość smutny i przygnębiający, a ujmowanie tego w ramy karykatury momentami wygląda dość kuriozalnie i infantylizuje poważną problematykę. Może Norwegowie mają jakieś specyficzne poczucie humoru i estetyczne upodobania, których nie rozumiem.

Steffen Kverneland, „Munch”, Timof Comics, Warszawa 2014, s. 280

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Komiks Munch jest genialny, idealnie przedstawia nam postać wybitnego malarza, to znaczy tak jak o geniuszach pisał Cesare Lombroso, czy Arystoteles. Smaczkiem są dialogi opierające się tylko i wyłącznie na cytatach Muncha i osób mu bliskich, poza nielicznymi wyjątkami. Słów w tym komiksie pada sporo, ale czyta się ów dzieło bez zmęczenia, czy znużenia. Jeśli ktoś lubi czytać i nie zasypia po dwóch stronach tekstu do Muncha będzie powracał wiele razy, by radować się kunsztem i pięknem dzieła Steffena Kvernelanda. Po przeczytaniu Munch polecam przeczytać Bogdana Suchodolskiego Narodziny i Rozwój Filozofii Nowożytnej.

css.php