Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

6.10.2013
niedziela

Lecz to się nigdy już nie zdarzy…

6 października 2013, niedziela,

Jeśli chcecie przeczytać najlepszy komiks w dotychczasowej karierze Marcina Podolca, sięgnijcie po „Fugazi Music Club”.

Marcin Podolec miał do tej pory dobre i złe momenty. Najpierw był zdecydowanie przechwalony „Kapitan Sheer” (zrobiony do spółki z Robertem Wyrzykowskim), gdzie poziom życiowych rozważań niekiedy dobijał do nizin rodem z Paulo Coehlo. Następnie sinusoida powędrowała w górę i dostaliśmy stworzone z Grzegorzem Januszem, świetne „Czasem”. Z kolei „Wszystko zajęte” to dla Podolca dołek – udowodnił, że jest dojrzałym i sprawnym rysownikiem na europejskim poziomie, ale niesprawnym scenarzystą, który nie bardzo wie, o czym chciałby swoim czytelnikom opowiedzieć. Tymczasem „Fugazi Music Club” to pełna rehabilitacja. Mamy tu doskonale skonstruowaną opowieść, zarówno na poziomie fabularnym, jak i narracji obrazem oraz przemyślana konwencję graficzną, bezbłędnie spójną z przedstawianymi wydarzeniami. Wszystko to sprawia, że „Fugazi Music Club” jest najlepszym komiksem w dotychczasowym dorobku Marcina Podolca. Oczywiście możemy na upartego podważyć talent autora – komiks powstał bowiem w końcu na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego, jednego z założycieli klubu Fugazi. Ale wysłuchać czyjejś relacji i zapisać ją to dopiero połowa sukcesu – zsyntetyzować do komiksowego scenariusza – drugie i wbrew pozorom niełatwe.

Warto pamiętać, że zanim Podolec zrobił „Fugazi Music Club” podobnego zadania podjął się Paweł Płóciennik. Najpierw wysłuchał swojego ojca i zrobił ciekawe „Sprane dżinsy i sztamę”, następnie na podstawie wspomnień Sławomira Gołaszewskiego powstała (niestety już nie tak dobra) „Moja terapia”. Piszę to dlatego, że w kilku serwisach/portalach podkreślano oryginalność „Fugazi”, a biorąc pod uwagę komiksy Płóciennika nie jest to prawdą. Podolec zrobił to po prostu lepiej, ale w gruncie liczy się inna rzecz – polscy twórcy przy pomocy komiksu zaczynają drążyć nowe obszary: a są nim rodzime subkultury, kontrkultura i ważne dla niej jej postaci, takie chociażby jak Gołaszewski czy Czapski. Zrobiono o nich właśnie komiksy, a nie nakręcono filmów. W końcu polski komiks zainteresował się nie tylko Powstaniem Warszawskim, Wałęsą, kolejnymi elementami wielkiej historii, ale zajął się również „małą” historią  – a to jeszcze nisza niewyeksploatowana.

A teraz już same konkrety. „Fugazi Music Club” to historia kilku przyjaciół, którzy na początku lat 90-tych założyli kultowy, warszawski klub Fugazi. Działał przez 11 miesięcy i w tym czasie Waldemar Czapski z kumplami zorganizowali mnóstwo imprez. Oczywiście dla wielu czytelników bardzo ważne będą postaci, które przewijają się przez plansze komiksu: Kazik, ludzie z Voo Voo, Kotański czy Owsiak, ale jeśli mam być szczery – mnie niewiele to obchodzi. Obchodzi mnie natomiast to, jak z piekielnym wyczuciem Podolcowi, urodzonemu w 1991 udało się odtworzyć czasy, których siłą rzeczy nie mógł pamiętać. Czasy, gdzie wszystko załatwiało się na gębę, nie myśląc o pieniądzach, organizując duże imprezy spontanicznie, improwizując dzięki wsparciu przyjaciół. Czasy, w których nie zawsze było wesoło, bo klubowo-restaruacyjnym życiem Warszawy rządziła wówczas mafia, co w „Fugazi Music Club” zobaczymy bardzo dokładnie.Ale dojdziemy również do wniosku, że ten sposób, w jaki funkcjonowało się w latach 90-tych  dziś jest nie do powtórzenia, choćbyśmy stanęli na głowie. Bo Polacy przez te lata straszliwie się jednak zmienili. Przedstawienie tego wszystkiego wymaga od twórcy komiksowego nie tylko talentu artystycznego, ale także ogromnej empatii. Podolcowi talentu rzecz jasna również nie brakuje. Co więcej, wyraźnie go rozwija. Z relacji Czapskiego wynika, że prowadzenie klubu Fugazi było, jak długi, 11 miesięczny sen. I w rysunkach Podolca  to balansowanie na granicy jawy, marzenia i snu widać doskonale. Odrealnione sceny, graficzne niedopowiedzenia i wizualne metafory – komiksowy realizm magiczny spleciony z dokumentem. Do tego wszystko zrobione w dobrym guście, z oszczędną paletą kolorów i dynamicznym ruchem –  Podolec studiuje animację i potrafi swoją wiedzę z animacji wykorzystać w komiksie. Jedyne, co może irytować w „Fugazi” to brak pogłębionych biografii bohaterów. Wiemy, jak zarządzali klubem, jak organizowali sobie życie zawodowe, ale o ich życiu osobistym z komiksu wiele się nie dowiemy. Oczywiście, aby sobie ten mankament zracjonalizować możemy przyjąć następujące założenie: głównym i najważniejszym bohaterem tego albumu jest właśnie klub, a ludzie stanowią dla niego tło i scenografię.

Marcin Podolec, Fugazi Music Club, Kultura Gniewu, Warszawa 2013, s.240 (na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego)

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Trafna recenzja. Dla kogoś kto pamięta te czasy rodzącego się kapitalizmu miłe wspomnienie. Bardzo dobrze, że młode talenty komiksu i innych sztuk biorą na tapetę te historie i te odleglejsze i te nowsze. Skoro historia jest krojona w szkole to może te produkcje dotrą do młodych czytelników. Czekamy na inne publikacje.

  2. Faktycznie komiks mile zaskakuje – bardzo dojrzała dzieło zarówno graficznie jak i scenariuszowo, chociaż temat średnio mnie interesował to z przyjemnością i zaciekawieniem go przeczytałem. Polecam niezdecydowanym !

css.php