Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

11.04.2013
czwartek

Nowy komiks Śledzia

11 kwietnia 2013, czwartek,

„Czerwony pingwin musi umrzeć” pokazuje, że Michał Śledziński potrafi zrobić świetnie narysowany, mainstreamowy komiks fantastyczny. I w dodatku doskonale zaprojektowany z myślą o czytaniu go na ekranie. Bo „Czerwony pingwin…” to tzw. album „digital first” i paradoksalnie – w wersji drukowanej może już nie być taki efektowny.

W 2010 na łódzkim festiwalu Michał Śledziński został oficjalnie pasowany na mistrza polskiego komiksu (jako „,mistrz” miał wówczas wystawę). Ostatnio wydano jego szkicownik, były też poświęcone twórcy „Zeszyty Komiksowe”. Proces wykuwania pomnika Śledzińskiego trwa w najlepsze, co dla aktywnego, młodego twórcy jest tak naprawdę straszliwie upupiające. Bo mistrz musi zawsze robić mistrzowskie albumy, być zawsze w dobrej kondycji. Mistrza nie wypada krytykować, a w dodatku mistrz powinien tworzyć prace wyłącznie kultowe i stanowiące kamienie milowe. Mistrzowi wypada już  odcinanie kuponów od swoich najlepszych dokonań. Idąc tym tropem Śledziński powinien cały czas robić historie osiedlowe o gościach spod bloku lub wspominać słodkie lata 90 i ronić łzę nad ZX Spectrum.

Tymczasem Śledziu postanowił zrobić woltę i pójść w komiksowy mainstream. Już raz tego próbował i wyszło nienaljepiej. Jego „Wartości Rodzinne” były uboższą, polską wersją „Family Guy’a” z przetrawionymi i dość oklepanymi komediowymi gagami. Natomiast „Czerwony Pingwin”  to udany strzał. Rzecz opowiada o kosmicznych przemytnikach, którzy włóczą się po gwiezdnym systemie,  walczą z konkurencją i polują na gigantyczne karpie. Trochę tu klimatów „Gwiezdnych Wojen”, trochę francuskiej fantastyki. Ale  „Czerwony pingwin musi umrzeć” jest  jak komiksy Franka Millera, których fabuła właściwie nie ma żadnej głębi i jest  pretekstem do tego, żeby autor mógł pokazać swoje najwyższe rysunkowe kung fu. Tak jest i tutaj. Dostajemy komiks idealny na relaks po 8 godzinach pracy. Bezpretensjonalny i zabawny.

Dlatego „Czerwony pingwin… ”  przede wszystkim karmi nasze oczy i faktycznie (jak oznajmia sam autor) jest jak gra video. Efektowna, świetnie zaprojektowana, z przemyślanymi bohaterami i dynamiczną akcją. A nade wszystko – zrobiona wciąż we własnym stylu, z pomysłem na ciekawy świat.  I choć czytając mamy wrażenie, że cała historia została opowiedziana i narysowana z niezwykłym luzem, każdy kadr, plansza, pojazd zostały tu podkręcone do bólu. Komiks pojawia się jako „digital first”. Został specjalnie zaprojektowany z myślą o dystrybucji cyfrowej i lekturze na ekranie.  Mamy tu poziomy układ plansz, mocne, czytelne kadrowanie i jednocześnie piekielnie dopracowaną paletę barw. Kolorystyka to ogromna zaleta komiksu i mam wrażenie, że wszystkie te kontrasty, przejścia tonalne, graficzne efekty nie będą już tak doskonale czytelne w edycji papierowej, która ma pojawić się jeszcze w tym roku.

Śledzińskiemu udało się przy pomocy „Czerwonego pingwina…” upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Zrobił mainstreamowy i przygodowy, ale wciąż autorski album. Pokazał, jak powinno się projektować komiksy z myślą o cyfrowe dystrybucji. I zerwał z łatką  dyżurnego twórcy od obyczajowego, zaangażowanego komiksu. Owszem, takich zaangażowanych historii wciąż w Polsce brakuje. Ale niekoniecznie ciągle musi je robić Śledziński.

Michał Śledziński, Czerwony pingwin musi umrzeć, CDP.pl

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Wszystko świetnie, wierzę że Śledziu dał radę, ale.. komiks kosztuje 20, a za te pieniądze mogę mieć serię Casanowy Quinna (4 albumy )! Też czysty relaks, ale na jakim kosmicznym poziomie. CDP przegina z cenami, a nawet nie pomyśli żeby podać ile stron za tę wygórowaną cenę dostajemy. Nie wróżę sukcesów w obszarze komiksu cyfrowego firmie która tak nonszalancko podchodzi do prezentacji publikacji i jest taka pazerna na kasę. Zajadli fani kupią, tylko ilu ich jest? Żeby było dobitniej: dokładam dychę i mam From Hell – 564 strony Allana Moora i Eddie Campbella.

css.php